czwartek, 19 października 2017

Male pozegnanie.

Nie zniechecajcie sie, kliknijcie! =>

Nastala przecudna zlota jesien, liscie w sloncu zloca i czerwienia sie intensywnie, niebo bez jednej chmurki dopelnia sielankowego obrazu. Weekend jak marzenie, umowilysmy sie spontanicznie z dwiema corkami (trzecia niestety miala juz inne plany) i moja mala wnusia na wspolny spacer, na ktorym nie moglo zabraknac naszych czworonoznych dzieci, 9-letniego od kilku dni Placzka i naszej Toyki. Ich stosunki nadal sie nie ocieplily, ale na neutralnym terenie jakos to idzie. Toya nauczyla sie omijac go z daleka i nie zwracac wiekszej uwagi na jego marudne powarkiwania. Obydwa psy mialy i tak wielka radoche z rodzinnego spaceru, ktory stal pod znakiem zblizajacego sie wyjazdu mojej najmlodszej latorosli za ocean.
A bylo to tak. Miala nienajgorsza prace, w ktora bardzo sie angazowala, wymyslala jakies ulepszenia i udogodnienia, a tu ani podwyzki, ani awansu. Zaczela wiec rozgladac sie za czyms innym, spokojnie i niespiesznie, wszak prace miala i nie zalezalo jej na czasie, a chciala cos naprawde zadowalajacego. Kiedy znalazla i doszlo do pierwszej rozmowy kwalifikacyjnej, postawila tak absurdalne warunki, ze wlasciwie nie liczyla na pozytywny wynik, ale prace przeciez miala, wiec postawila wszystko na jedna karte. Musiala zrobic bardzo dobre wrazenie, bo wszystkie warunki zostaly bez slowa przyjete i moje dziecie podjelo nowa prace na poczatku tego miesiaca. Podczas rozmowy wstepnej dowiedziala sie, ze w zakres obowiazkow beda wchodzily wyjazdy, w tym czesto do USA, gdzie ma siedzibe firma-matka. Miala tez obiecany kurs angielskiego w zakresie zawodowym, bo podstawowy miala w szkole i nienajgorzej sobie radzi. A tu nagle, na skutek splotu roznych okolicznosci, po dwoch tygodniach pracy dowiedziala sie, ze za tydzien wylatuje do Ameryki na dwa tygodnie. Na jej niesmiale protesty odpowiedziano, ze na pewno sobie poradzi. Szczesliwie jedzie z kims bardziej doswiadczonym, a nie calkiem sama, ale i tak ma pelne gacie strachu przed tym chrztem bojowym. No i przez caly czas cos zalatwia, wypelnia, dopina. Dobrze wiec, ze w tym kieracie znalazla czas na spotkanie z nami, chociaz spacer stal i tak pod znakiem rozmow na wiadomy temat. Jestem z niej  dumna, ze tak dobrze ze wszystkim sobie radzi, jest przebojowa, odwazna, ma w sobie ten pierwiastek hazardzisty, ped do rozwijania sie. No i ciesze sie, ze finansowo wiedzie jej sie coraz lepiej. Smuci mnie (tylko troszeczke), ze nie bedzie z nami na moich urodzinach, ale to drobiazg.
I kilka migawek ze spaceru.














Aaa, i jeszcze wnusia z bapciom na deser.







środa, 18 października 2017

Toya to gupi Burek...

 Klikamy!!! =>

... i dlaczego slusznie nie lubie poniedzialkow.
Po pierwsze to mi sie rano wstawac nie chce, po drugie caly dlugi tydzien przede mna, a po trzecie... ale o tym na koncu.
Odwalilam robote i zanecona przepiekna pogoda oraz temperaturami powyzej 20°, zlapalam Toye i pomknelysmy na memlon natury. Tak mnie to rozochocilo, ze nie wiedziec kiedy, zrobilam 10 km i narobilam pierdylion zdjec. Okolicznosci pogodowe wywabily na spacer nie tylko nas, bzykadel i innych takich bylo co niemiara, jak w lecie.







Zajelam sie tez troche szczegolami i detalami.










Ale przede wszystkim delektowalam sie piekna jesienna pogoda, feeria kolorow i widoczkami.


















Byloby prawie sielsko, gdyby Burek zaraz na poczatku spaceru nie wytarzal sie w jakims lajnie. Troche ja obtarlam trawa, ale niestety obrozy nie dalam rady niczym wytrzec, nie mialam przy sobie odpowiednich utensyliow. No ale nic, szlysmy sobie, a po drodze mijaly nas dziesiatki rowerow, na ktore Burek nie reagowal. Na biegaczy tez nie. Bardzo bylam z psa dumna. Niestety w drodze powrotnej, kiedy Buras mial juz w lapach jakies 40 kilometrow (ja cos ok. 8) i powinien byc zmeczony, ni z gruszki, ni z pietruszki pognal za mijajacym nas rowerem. Nie moglam zgagi odwolac, nagle ogluchla. Facet za to darl na mnie ryja i straszyl policja. Zapielam ja w koncu na smycz i juz nie pozwalalam biegac luzno oraz nasobaczylam jej do sluchu.
W domu zaraz brudasa wykapalam, a mezu zlecilam pranie obrozy, bo ja jestem obrzydliwa. Z ulga polozylam sie na chwile odpoczac, wstawiwszy przedtem pranie. Po jakims czasie chlop mi melduje, ze pralka wydaje z siebie dziwne dzwieki i nie chodzi.  Ledwie z tej sofy sie zwleklam, ale poszlam sprawdzic - nie chodzi i z cicha tylko powarkuje. A w srodku nie tylko pranie, ale wody do polowy drzwiczek. I ani tego ruszyc, ani sprawdzic, o co jej kaman - drzwiczki zablokowane na ament, z woda nie otworza sie za nic w swiecie. Nie bedzie mi sie jednak jakas maszyna sprzeciwiala! Wynioslam wszystko z lazienki, na ziemie rzucilam kilkanascie recznikow i odkrecilam filtr na dole, po czym wygralam mistrzostwa swiata w wykrecaniu recznikow na czas. Nie wspomne juz, ze prawie do pasa bylam mokra. Okazalo sie, ze w filtrze tkwil kawalek plastiku dlugosci jakichs 5 cm w kolorze rozowym i cos tam blokowal. Po usunieciu pralka wycofala focha i dokonczyla pranie, a potem drugie, czyli wszystkie reczniki, ktorymi suszylam podloge z tych kilkunastu litrow wyplynietej wody, choc ja mialam wrazenie, ze lazienke nawiedzila mi fala tsunami z Fukushimy. Dlugo w noc sprzatalismy z chlopem lazienke, wieszalismy pranie i takie tam przyjemnostki, ktorych naprawde brakowalo mi do kompletu po robocie i 10-kilometrowym spacerze z psem. Przynajmniej obszar pod pralka mam tak czysty jak dawno nie byl.
Do dzis nie wiemy, co to bylo to cus, co zablokowalo pralke i przysporzylo mi dodatkowa robote w poniedzialkowy wieczor. Zagadka dla AKT X.




wtorek, 17 października 2017

List do Doroty.

 Wiem, ze przynudzam, ale kliknijcie =>

Pozwole sobie zacytowac ten list, skierowany do Doroty Zawadzkiej,  w calosci.
"Dzień dobry Pani Doroto piszę do Pani, bo chciałbym umieścić to pod postem na temat przemocy psychicznej, ale nie chcę tego napisać oficjalnie pod swoim nazwiskiem.
Jesteśmy "wzorową" rodziną, która krwawi od środka i tylko ściany wiedza co się dzieje. Wzorowa rodzina młodzi, bogaci, firma, dom, majątek, cudowne dzieci....
Pani Doroto chciałabym napisać parę słów do wszystkich kobiet słyszących "jesteś beznadziejna" "jesteś żałosna" "nic w życiu nie osiągnęłaś" "ty gruba ku.. kto by cię chciał" "jesteś zerem" "jesteś wariatka" ,"nie mogę na ciebie patrzeć bo mi się rzyg... chce", "ty idiotko jesteś aż tak głupia" to tylko mały odsetek tego co to jest i czym jest przemoc psychiczna, o wiele bardziej bolesna niż fizyczna, bo siniak i opuchlizna znikają, a słowa przechodzą wskroś przez nas, codziennie zabierając cząstkę naszego uśmiechu, naszej duszy, poczucia wartości i wiary w swoje ja. Najczęściej przemoc psychiczna jest wymierzona w kobiety, które mogą być silniejsze od swoich partnerów, lepiej wykształcone, które odnajdą się w każdym towarzystwie, są dusza towarzystwa i kochają życie, partner z powodu własnych kompleksów, strachu przed byciem postrzeganym jako ten drugi w domu, ze zwykłej zazdrości niszczy w kobiecie wszystko to co na początku w niej kochał, podziwiał, wszystko to co było powodem dlaczego się w niej zakochał, dlaczego właśnie wybrał ją...
Przemoc psychiczna jest najpodlejsza i najtrudniejsza do udowodnienia, bo dzieje się tu i teraz w domu, gdzie nikt nie widzi, nie pozostawia śladu, a znajomi czy sąsiedzi nie widzą -czasem słyszą, ale z reguły jego krzyk "wariatko idź się leczyć" "wariatko niszczysz rodzine" "wariatko ku....". Jeśli kobieta się nie poddaje meteory takich przemocy z czasem zawsze przechodzą w coraz bardziej ostra formę....zakrzywiania rzeczywistości także u dzieci przez agresywnego partnera "mamusia jest chora" "mamusia jest podła" "mamusia nie sprząta -prawda?" "Nie martw się znajdziemy ci nowa mamusie".
Jeśli nadal kobieta pozostaje niezniszczalna na zewnątrz, bo w środku już jest wrakiem, partner uderzy, uderzy raz, drugi, trzeci tak żeby bolało i powie " to twoja wina sprowokowałaś mnie" " to twoja wina bo powiedziałaś mi takie rzeczy".
Jeśli kobieta znajdzie w sobie siłę, pomoc i odważy się pójść na policję, zeznać i rozpocząć sprawę karną, wytrzyma, da radę, to NIGDY, ale to NIGDY nie wolno jej zrobić kroku w tył, NIGDY nie wolno jej się wycofać, NIGDY nie wolno jej uwierzyć , że potwór się zmieni i nie będzie potworem, potwór pozostanie potworem. Może spać miesiąc, dwa, pół roku, ale on nie śpi, on codziennie obserwuje, obmyśla i się szykuje do powrotu...i zawsze wraca, wraca ze zdwojoną siłą i doświadczeniem. Wraca bardziej brutalny i lepiej przygotowany, tym razem nie popełni już błędu, żeby kobieta mogła mieć dowody czy świadków, tym razem zrówna z ziemią wszystko w koło i wszytskich, a z kobietą zrobi porządek.
"No idź znowu na policję, idź wariatko już cię tam znają" "No idź niech cię wyśmieją, że zgłaszasz i cofasz i co znowu chcesz zgłosić" "zabiorę ci dzieci wariatko, bo policja potwierdzi że jesteś nienormalna, która zgłasza i wycofuje, już ci nikt nie uwierzy w twoje bajeczki".
Jeśli pozwolimy wrócić potworowi, pozwolimy się zbliży mu do nas, naszego serca i przez sekundę uwierzymy w to, ze tym razem będzie inaczej, to właśnie wzięłyśmy łopatę i zaczynamy kopać sobie grób....
Moja babcia zawsze mawiała "złe się okociło, złe zdechnie".
Nawet jeśli znowu poczujemy to, co przed całym koszmarem, to tylko pozory.... zło i potwór wróci, tylko tym razem będzie subtelny, "kochanie nie podoba mi się ta koleżanka twoja -ona ma zły wpływ na ciebie" "kochanie twoja matka zle działa na ciebie, nie szanuje cię powinnaś ograniczyć z nia konkat" "kochanie to dla twojego dobra, bo przecież mnie kochasz i wiesz ze chce dla ciebie dobrze", kolejna lopata i kolejna łopata.... bo jeśli mamy się nie kłócić, a przecież on taki cudowny teraz to odsunę się od tej, od tamtej.... dół coraz głębszy, tym razem subtelnie przygotuje się do akcji....
Chcę ostrzec wszystkie kobiety, chcę powiedzieć, ze najważniejsze są dzieci i ich uśmiech!
Bo potwór nigdy się nie zatrzyma....jeśli straszy że zabierze pieniądze, dom, firmę, samochód to niech zabiera! Niech zabiera wszytsko, ale zostanie ci życie, życie twoje i dzieci.
Nie wiem Pani Doroto czy cokolwiek Pani z tego mogłaby wybrać, ale bardzo bardzo chciałabym przekazać coś kobietom takim jaka ja....bo mimo uśmiechu "przecież ma wszytsko co narzeka".
Jesteśmy posypane w środku, jak domek z kart na większym wietrze przestajemy istnieć....zastraszone, zniszczone psychicznie, kompletnie same, a kiedyś pełne życia, uśmiechu z mnóstwem przyjaciół....
Moja walka trwa, ja pozwoliłam powrócić potworowi (był w areszcie, miał zakaz zbliżania się i kontaktowania ze mną) pozwoliłam i ponoszę tego konsekwencje dzień w dzień, dałam się nabrać.
Uwierzyłam, że po eliminacji "złych" przyjaciół, "podłej" matki, że jak będę codziennie podawać gorący dwu daniowy obiad, że jak będę codziennie latała na mopie, ciężko pracowała w naszej firmie, jeśli stworzę "prawdziwy dom" to bedzie jak bajce jak na poczatku....
NIE NIGDY nie będzie już....bo powód zawsze się znajdzie, zawsze do kolejnych wyzwisk. Pani Doroto proszę napisać dłuższy tekst o tego rodzaju przemocy, proszę Panią o to w imieniu swoim i sądzę tysięcy kobiet, które żyją w strachu i wstydzie. Pozdrawiam serdecznie!"
No nie wiem, czy ja dobrze widze? 
Najczęściej przemoc psychiczna jest wymierzona w kobiety, które mogą być silniejsze od swoich partnerów, lepiej wykształcone, które odnajdą się w każdym towarzystwie, są dusza towarzystwa i kochają życie, partner z powodu własnych kompleksów, strachu przed byciem postrzeganym jako ten drugi w domu, ze zwykłej zazdrości niszczy w kobiecie wszystko to co na początku w niej kochał, podziwiał, wszystko to co było powodem dlaczego się w niej zakochał, dlaczego właśnie wybrał ją...
Co wiec taka silniejsza i lepiej wyksztalcona kobieta robi jeszcze w tym zwiazku? Na co czeka? Nie
zdziwilabym sie, gdyby chodzilo o jakas niedoksztalcona matkepolke, calkowicie od meza zalezna, bez najmniejszych widokow na wlasne cztery katy i prace za godziwe wynagrodzenie, choc nawet wtedy.. ale ok, moze sie boi.  Ale silna i lepiej wyksztalcona...? Nie pojmuje, za to od razu nasuwa mi sie refleksja, ze robi to na wlasne zyczenie i widac jeszcze nie jest tak zle, skoro nawet jej nie przyjdzie do glowy, zeby ruszyc dupe i zostawic toksycznego partnera wlasnemu losowi.
Skoro niektore mamuski, w imie ratowania zwiazku, podsuwaja partnerowi wlasne dzieci do uslug seksualnych, inne swietnie odnajduja sie w roli wiecznej ofiary. Lubia o tym opowiadac, uskarzac sie na swoj nielatwy los, ale kiedy juz zdecyduja sie doniesc o wszystkim policji, zaraz skarge wycofuja w nadziei, ze taka nauczka powstrzyma oprawce. Taaa... moze na chwilke. A potem uderzy ze zdwojona sila! W poczuciu bezkarnosci.
Ehhh, niby sama jestem kobieta, ale za niektorymi babami nie nadazam.




poniedziałek, 16 października 2017

Gladbeck 1988.

 Kliknij, a potem przeczytaj =>

W sierpniu 1988 roku przyjechalam do Niemiec odwiedzic wlasnego chlopa. Rodzice byli tak dobrzy, ze przez ten miesiac zajeli sie dwiema bestiami i psem, zebym mogla sobie odpoczac. No to odpoczywalam, korzystajac z danego mi wolnego od codziennych obowiazkow, napawalam sie byciem we dwoje po ponad rocznej nieobecnosci chlopa w domu oraz rozgladalam sie wokol po kraju, do ktorego mialam docelowo emigrowac.

<= Po lewej trasa ucieczki bandytow-porywaczy (Zrodlo Wikipedia)
Gdzies tak w polowie pobytu, a dokladnie 16 sierpnia Niemcami wstrzasnal napad na bank w
Gladbeck. Dwoch uzbrojonych bandziorow wzielo zakladnikow, byly ofiary smiertelne. Przez dwa dni bandyci trzymali w stanie gotowosci cala niemiecka policje, przemieszczajac sie nie tylko po terenie Niemiec, ale rowniez zahaczajac o Holandie, a po drodze udzielajac wywiadow goniacym za sensacja dziennikarzom. Sprawcami byli dwaj absolwenci szkoly specjalnej, 31-letni Rösner (w tym czasie na ucieczce z wiezienia, gdzie przesiedzial 11 lat) i 32-letni Degowski (nie Polak, choc nazwisko wskazywaloby na polskie korzenie).
Ktos widzial napad, zawiadomil policje, wiec bandyci, po zrabowaniu 120 tys. marek,  wzieli jako zakladnikow dwoch pracownikow banku. Zazadali samochodu do ucieczki i okupu. Godzinami trwaly negocjacje, wreszcie bandyci otrzymali to, czego chcieli, samochod i 300 tys. marek. Odjechali z miejsca napadu, sledzeni przez policje za pomoca  nadajnika umieszczonego w aucie. Mezczyzni zmieniali samochody podczas ucieczki kilka razy i zanim opuscili Gladbeck, do auta dosiadla sie dziewczyna Rösnera, Löblich (tez zreszta kolezanka ze szkoly specjalnej).
W Bremen, kiedy policja zbyt blisko zaczela im deptac po pietach, bandyci porwali miejski autobus
Rösner w porwanym autobusie
wraz z 32 pasazerami. Zanim odjechali autobusem, wypuscili 5 osob, a pozniej wymienili pracownikow banku na dwoch dziennikarzy. Na Raststätte Grundbergsee Löblich zostala zatrzymana przez policje, co obu mezczyzn wprawilo we wscieklosc, postawili wiec ultimatum i zagrozili zabijaniem co 5 minut jednego zakladnika, jesli policja jej nie wypusci. Jednak ta byla juz w drodze radiowozem i zanim policja wszystko odkrecila i pozwolila Löblich wrocic do autobusu, uplynelo pierwsze 5 minut i 15-letni Wloch stracil zycie.
Autobus z cala zawartoscia udal sie w strone Holandii. Podczas poscigu doszlo do kolizji busa z radiowozem, podczas ktorej zginal mlody policjant. Holenderska policja wynegocjowala wypuszczenie dwoch kobiet i trojga dzieci, zanim oddala bandytom do dyspozycji nowy samochod do dalszej jazdy. Podczas przesiadki Löblich zostala ranna, ale w dalsza droge udali sie wszyscy troje, z dwiema pasazerkami autobusu jako zakladniczkami.
Degowski i Bischoff
Skierowali sie do Kolonii, gdzie przedarli sie do nich zadni sensacji dziennikarze i gdzie powstalo to zdjecie, pokazywane w mediach setki tysiecy razy. Jest na nim Degowski trzymajacy na muszce Silke Bischoff, jedna z zakladniczek i udzielajacy wywiadu dziennikarzom.
Bandyci pojechali dalej w strone Bad Honnefer, jednak  na A3 policja postanowila dzialac. Wjechali pancernym autem w samochod porywaczy, wywiazala sie strzelanina, w ktorej zginela 18-letnia Silke. Druga zakladniczka wyskoczyla z auta i uratowala zycie. Cala trojka przestepcow zostala aresztowana.
O ile akcja napadu, wziecia zakladnikow i objezdzania z nimi roznych miejscowosci trwala tylko dwa dni, do konca mojego pobytu media huczaly i nie przestawaly analizowac jej przebiegu, a takze krytykowac dzialan policji, bo trzy ofiary smiertelne to o trzy za duzo.
Rösner na rozprawie w 2009, kiedy znaleziono u niego narkotyki

W marcu 1991 roku zapadl wyrok: dla Löblich 9 lat odsiadki za wspoludzial, a dla obydwu mezczyzn dozywocie, z tym ze dla Rösnera dodatkowo, jako dla ciezkiego przestepcy, specjalna izolacje. Bo dozywocie w Niemczech jest tylko z nazwy i skazani w koncu wychodza na wolnosc, stad dla szczegolnie niebezpiecznych przestepcow stosuje sie powyrokowa izolacje, czyli doslowne dozywocie. Rösner zdaje sobie z tego sprawe, nie chce brac udzialu w wieziennej terapii, nie sklada tez podan o wczesniejsze zwolnienie. Degowski odwrotnie, juz od 2009 roku ponawia prosby o ulaskawienie, a ostatnie ekspertyzy zdaja sie zblizac go ku wolnosci.
Degowski na przepustce
Skad u mnie nagle powrot do tamtych dni? Sad Landowy Arnsberg  11.10. zadecydowal o zakonczeniu kary wiezienia dla Degowskiego po blisko 30 latach odsiadki. Ma dostac on nowa tozsamosc i w wieku 60 lat probowac rozpoczac nowe zycie. Z poczatku bedzie podlegal programowi dla uwolnionych dlugotrwalych wiezniow i pozostanie w scislym kontakcie z kuratorem.
Na razie jednak decyzja sadu nie jest prawomocna.


Wszystkie zdjecia z internetu.