wtorek, 22 sierpnia 2017

Mopki, Walki i inne koty.

Ten post to od poczatku do konca lokowanie produktu i moje subiektywne reklamowanie talentu naszej blogowej przyjaciolki. Bo ja nie tylko sie tym talentem zachwycilam, ale zostalam obdarowana jego czastka, kiedy juz prawie bylo wiadomo, ze Kira dlugo z nami nie zostanie. Ogladanie jej zdjec to co innego, a manie przed oczyma jej portret - to tez co innego.

Kira

Hana wyspecjalizowala sie w technice malarskiej zwanej suchym pastelem, zaczela trenowac na owocach i innych takich nie do konca zywych naturach, z czlowiekow malowala hiszpanskie tancerki, byly tez rozne widoczki, zreszta obejrzyjcie sobie cala kolekcje TUTAJ.
W jej tworczosci zauwazylam pewien trend, mianowicie zwierzaki, psy i koty. Reke trenowala na swoich wlasnych i siostrzanych.

Walek



Balus





Frodo




















A pozniej na blizszych i dalszych czlonkach rodziny i znajomych.

Frytka
Lama


Zoe
Lulu


Tropik
Fuks


Rufi

Mopek


Niewidomy Kajtus
Freya



Amon
Jak widac, nie zabraklo i kotow, choc psy sa w przewadze.
Reka Hany byla coraz pewniejsza, podobienstwo do modela (zdjecia modela) coraz wieksze. Sama dostarczylam jej zdjecia Orkowej Pandy i na biezaco bylam swiadkiem powstawania portretu suni. Cos z piec razy myslalam, ze jest juz gotowy, ale nie, Hana dopieszczala go jeszcze i jeszcze. Wyszedl tak:

Pandzior
Na widok jej ostatniego dziela omglalam z wrazenia, ze ojesu! Oto Rex:

Reks

Jak zdjecie, prawda?  I co powiecie? Ano najwyzszy czas nasza Hane zareklamowac w swiecie, bo nie watpie, ze wiele osob chcialoby miec portret swojego pupila, a nie wie, jak sie do tego zabrac i kogo poprosic. Najuprzejmiej wiec prosze ustawiac sie grzecznie w kolejce, nie przepychac i biegusiem slac zdjecia zwierzaczkow, ktore majo byc namalowane. Kto pierwszy, ten lepszy.
No i jeszcze wielka prosba UDOSTEPNIAJCIE gdzie sie da, na blogach, fejsbuniach, pinterestach, twitterach, mozna tez rozlepiac plakaty w swojej okolicy, co kto moze i lubi.

A gdybyscie chcieli skontaktowac sie z Hana, to proszsz: 3babyzwozu@gmail.com





poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Tragedia na jeziorze Gardno.

Przy okazji niedawnej smierci dwoch harcerek z Lodzi podczas niespotykanie gwaltownej nocnej burzy w Suszku, chcialam przypomniec o ogromnej tragedii, jaka wydarzyla sie w lipcu 1948 roku. I tym razem ofiarami byly lodzkie harcerki, tyle ze ofiar bylo znacznie wiecej.
Tego lipcowego dnia harcerki z 15 Lodzkiej Druzyny Harcerskiej, przebywajace na obozie w Gardnie Wielkiej oczekiwala wielka atrakcja, mialy poplynac lodzia na druga strone jeziora Gardno. Dla dziewczynek nie majacych na codzien do czynienia z woda, bylo to wielkie wydarzenie, z trudem mogly doczekac wyplyniecia. Bylo ich za duzo, by zmiescily sie w kutrze i holowanej przez niego lodzi plaskodennej, wiec podzielono je na dwie grupy. Jedna z nich miala plynac do Rowow lodziami, druga droga ladowa na wozach, a wracac mialy odwrotnie.
W grupie, ktora jechala wozami byla miedzy innymi harcerkami 16-letnia druhna Zosia. Wozy ruszyly, a grupa lodkowa czekala z powodu jakichs problemow technicznych. Niestety ktos nie zastanowil sie w pore, jakie niebezpieczenstwo niesie ze soba przeladowanie lodzi, na ktorych bylo maksymalnie miejsca dla 20 osob, a do ktorych scisnieto ponad dwa razy tyle, bo 42 osoby. Byla wsrod nich nauczycielka Eugenia Leszewska i jej dwie bratanice nazywane przez harcerki Muchomorkami z racji noszonych przez nie czerwonych czapeczek w kropki.
Na srodku jeziora jedna z lodzi zaczela przeciekac, zaczeto wiec przenosic pasazerki na te druga, ktora niestety nie wytrzymala przeciazenia i tez sie wywrocila. Wtedy nie zawracano sobie glowy kamizelkami ratunkowymi czy jakimkolwiek innym zabezpieczeniem dla nie umiejacych plywac harcerek, byly to lata powojenne, brakowalo wszystkiego. Rozpetalo sie pieklo i te dzieci, ktore albo plywac umialy, albo jakos trzymaly sie na powierzchni, zostawaly wciagane pod wode przez inne, ktore walczyly o zycie. Mieszkancy okolicznych wsi, glownie rybacy, ruszyli na pomoc tonacym, wyciagali je z wody, ale kto wtedy slyszal o reanimacji. Wiele dzieci mozna bylo tym sposobem wyrwac smierci, nie udalo sie. Wiecej o katastrofie mozna przeczytac TUTAJ.
Zrodlo
Zosia i inne dziewczynki, ktore jechaly na wozach, byly w ciezkim szoku. Jakos zawiadomiono rodzicow, ale bez szczegolow, ktore dzieci nie zyja, a ktore ocalaly. Matka Zosi i zapewne wiele innych matek odchodzily od zmyslow, zanim nie upewnily sie, ze ich dzieci pozostaly przy zyciu.
Nie bylo psychologow na zawolanie, panowal ogolny chaos i niewyobrazalna zaloba. Niedlugo pozniej odbyl sie wspolny pogrzeb wiekszosci zmarlych harcerek. Spoczywaja jedna obok drugiej na Starym Cmentarzu w Lodzi. Juz jako dziecko czesto chodzilam z mama na ich groby i z pierwszej reki sluchalam o tej niewyobrazalnej tragedii. Bo druhna Zosia to nikt inny jak moja mama.
Miala naprawde wielkie szczescie, ze trafila do tej wozowej grupy, w przeciwnym razie z pewnoscia bym sie nie urodzila...

Dziennik Lodzki z 1948 roku

Wszystkie zdjecia mozna powiekszyc kliknieciem.





sobota, 19 sierpnia 2017

Popelnilam wierszyk.

Dobre geny 
Dobre geny, wiadomo, nosi sie po matkach,
czesc po ojcach, nierzadko bywa, ze po dziadkach.
Talenty sie dziedziczy, nie wspomne o wadach,
spojrz na matke i wiesz juz, czy corka sie nada
do czynow wielkich, karier, bryl z posad ruszania,
malowania arcydziel czy wierszy pisania.
Jest wiele znanych rodzin z dziedzicznym talentem
z mlekiem matki wypitym, choc to niepojete.
Klan malarzy Kossakow i Straussow muzykow,
obu pisarzy Dumas i innych bez liku.
Dlaczego wiec nie klanik Ploszewskich poetek?
Choc po prawdzie wlasciwiej bedzie: wierszokletek.
Mama pioro ma lekkie, wiersze jak z rekawa
sypie na kazdy temat, to dla niej zabawa,
drobna fraszka-igraszka, blahostka niewielka,
tak biegla sie zrobila w wierszowych figielkach.
Mysl wpadnie jej do glowy, juz za pioro lapie,
o praniu, o sasiadach, czy o sniegu czapie,
o sloncu, deszczu, chlebie z lub bez kielbasy,
o mlodosci, starosci i ze ciezkie czasy...
Z okazji dnia seniora, dnia dziecka i matki,
na kazde imieniny wierszowane kwiatki.
Dlaczego mam byc gorsza, skoro talent dany?
Trzepne zatem poemat o talencie mamy.
Jednakowoz ambicje moje sa wieszczowskie,
wiec polece po bandzie trzynastozgloskowcem.
Pisze go bez wysilku, rym sie sam dobiera,
czasem utkne, a wtedy bierze mnie cholera
niemoca tworcza zwana albo pustoglowiem.
Chyba skoncze z pisaniem i sie przebranzowie!






piątek, 18 sierpnia 2017

Krepdeszyny i milanezy.

Jako dziecko lubilam sluchac wspomnien mojej chrzestnej matki, siostry mojej babci, z ktora przez dluzszy czas dzielilismy mieszkanie. Jej ojciec, a moj pradziadek,  byl na tyle zamozny, ze stac go bylo na finansowanie szkol dla wszystkich corek i syna. Ciocia opowiadala, ze do matury nie wolno bylo dziewczetom sie malowac i ubierac jak dorosla kobieta, byly mundurki codzienne, galowe, letnie i zimowe, bawelniane ponczochy w prazki, beretka na warkoczykach i nic wiecej. Dopiero po maturze odbywalo sie uroczyste wkraczanie w doroslosc. I o tym chcialam wlasnie napisac.
Panna byla obkupywana przez matke w "dorosla" bielizne (ciocia mowila na to kombinacja, nie wiedziec czemu) z... i tu zaczelo sie wymienianie cudacznych nazw przeroznych materialow, nazw uzywanych jeszcze przez starsze pokolenie, a mnie zupelnie nieznanych. Jakies szermezy 1), milanezy 2), gaza 3) (co mnie natychmiast skojarzylo sie ze srodkiem opatrunkowym i zrozumiec nie moglam, jak mozna bylo to nosic). Mloda dama dostawala gazowe ponczochy, a ja, wtedy kilkuletnia, zastanawialam sie, jakim to gazem te nogi byly otulone. Pelnoletnia panna wyposazana byla w nowe sukienki, na codzien, na wyjscie, na rozne rodzaje przyjec (tu tez nazewnictwo powalalo, nie sposob bylo spamietac), rauty, fajwy, kolacje i co tam jeszcze, a kazde wymagalo innego dreskodu. Do tego kapelusze i dziesiatki rekawiczek z giemzowej 4) skory, szylkretowe 5) grzebienie do wlosow, jakies fiszbiny 6) w gorsetach - slowem nazwy, jakich nawet nie wypadalo uzywac w przasnej rzeczywostosci tamtych czasow. Ukoronowaniem byly suknie na wielkie przyjecia i bale, przybierane egretami 7), strasami 8), pawimi czy strusimi piorami. I znow ciocia rzucala nazwami materialow, o ktorych nigdy nie slyszalam, tafta, krepa, muslin, organdyna, tiul, ryps, lama i mora. Do tego oczywiscie komplet bizuterii, w tym koniecznie perly. A na codzienne ubrania jakies krepdeszyny 9), gabardyny, adrie, popeliny - kto dzisiaj uzywa takich nazw? No i koniecznie futro.
Moze cos pominelam, gdyby Wam sie przypomnialo...

Podreczny slowniczek:
1) szermeza - cienka miekka tkanina jedwabna
2) milanez - gesta elastyczna dzianina jedwabna
3) gaza - cieniutka tkanina bawelniana, ale gazowe ponczochy byly z perlonu
4) giemza - kozia skorka
5) szylkret - material z rogowych plytek zolwia
6) fiszbiny - plyty rogowe z podniebienia wieloryba
7) egreta - pek pior lub imitacja pior czapli bialej
8) stras - syntetyczna imitacja diamentu
9) krepdeszyn - chinska krepa





czwartek, 17 sierpnia 2017

"Do prostego człowieka"

Gdy znów do murów klajstrem świeżym
Przylepiać zaczną obwieszczenia,
Gdy "do ludności", "do żołnierzy"
Na alarm czarny druk uderzy
I byle drab, i byle szczeniak
W odwieczne kłamstwo ich uwierzy,
Że trzeba iść i z armat walić,
Mordować, grabić, truć i palić;
Gdy zaczną na tysięczną modłę
Ojczyznę szarpać deklinacją
I łudzić kolorowym godłem,
I judzić "historyczną racją",
O piędzi, chwale i rubieży,
O ojcach, dziadach i sztandarach,
O bohaterach i ofiarach;
Gdy wyjdzie biskup, pastor, rabin
Pobłogosławić twój karabin,
Bo mu sam Pan Bóg szepnął z nieba,
Że za ojczyznę - bić się trzeba;
Kiedy rozścierwi się, rozchami
Wrzask liter pierwszych stron dzienników,
A stado dzikich bab - kwiatami
Obrzucać zacznie "żołnierzyków". -
- O, przyjacielu nieuczony,
Mój bliźni z tej czy innej ziemi!
Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
Króle z panami brzuchatemi;
Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: "Broń na ramię!",
Że im gdzieś nafta z ziemi sikła
I obrodziła dolarami;
Że coś im w bankach nie sztymuje,
Że gdzieś zwęszyli kasy pełne
Lub upatrzyły tłuste szuje
Cło jakieś grubsze na bawełnę.
Rżnij karabinem w bruk ulicy!
Twoja jest krew, a ich jest nafta!
I od stolicy do stolicy
Zawołaj broniąc swej krwawicy:
"Bujać - to my, panowie szlachta!"


Julian Tuwim




środa, 16 sierpnia 2017

Slonecznikowo.

Po lekcjach w psiej szkole, pozostala czesc soboty przesiedzielismy w domu, bo padalo i nie chcialo przestac, za to niedziela przywitala nas niebem wprawdzie pochmurnym, ale optymistycznym. Zapowiadalo sie bowiem, ze wiatr bedzie nam sprzyjal i przegna chmurska precz.
Jako ze jestesmy jeszcze na etapie treningow z Toyka, na trase spaceru wybralismy Dransfelder Rampe, bo tam bezpiecznie psina moze sie wybiegac, a trasa jest na tyle dluga, ze moze da rade ja zmeczyc (akurat!). Na tejze drodze mam swoje stale miejsce, gdzie moge sobie ulzyc, potem juz nigdzie indziej nie mam mozliwosci. Musze wspiac sie po stromych i jedynych na trasie schodkach, u konca ktorych rozciaga sie pole. Zawsze na nie wychodze, zeby nacieszyc oczy rozlegla panorama. Tak tez zrobilam w niedziele, a maz czekal u podnoza schodow. Tym razem najpierw wpadlo mi w oko stado muciek, a kiedy spojrzalam w druga strone... zapomnialam o czekajacym slubnym i oddalam sie swojej pasji. Oczom moim ukazalo sie albowiem niewielkie polko slonecznikow, a ja tak lubie te kwiaty, ze zaczelam w nich buszowac.










Przy okazji odkrylam jeszcze inne kwiatuszki, niezwykle oryginalne w ksztalcie i kolorze. Ze slonecznikowej nirwany wyrwal mnie widok Toyi, ktora pewnie slubny wyslal na przeszpiegi, kiedy za dlugo nie wracalam.





A ja dalej nie moglam przestac, wpadlam w jakis slonecznikowy amok.


Gdzie jest Toyka?



Wreszcie sam szef wspial sie po schodach, zeby mnie osobiscie oburczec i sprowadzic na dol.



Jeszcze po drodze pstryklam se muszkie z mrowka oraz widoczek, a kilka krokow dalej wzrok moj przykula nastepna plama zolci, do ktorej ponioslo mnie jak na skrzydlach. I tylko gdzies z tylu glowy uslyszalam rozpaczliwe Znowuuu...??? 















No jak nie, jak tak. Nieopodal stal sobie obok pola baraczek, o ktorym wiedzialam, ze zawiera pasieke. Toya jednak nie wiedziala, ani tez nie chciala w tym jednym momencie nas posluchac i przybiec na zawolanie, tak ja te bzykadla zafascynowaly. Potem juz sama uciekala, bo chyba dostala pikselka w tylek. Kawaleczek dalej znow natrafilismy na grupke kilkunastu sloneczek, ale tez z obawa patrzelismy w niebo na naplywajace szybko dramatyczne chmurska.





Nie powstrzymalo nas to przed krotkim odpoczynkiem na lawce, a w tym czasie Toya wybrala sie na polowanie na myszy. Skakala podobnie jak to robi lis, ale na szczescie nie udalo jej sie nic upolowac.


Chocby nie wiem jak zajeta, od czasu do czasu sprawdza, czy jestesmy

No czy to nie jest klasyczna postawa wystawiajacego psa mysliwskiego?



Zmeczona przysiadla obok lawki, ale nie na dlugo, bo co chwile przechodzily jakies kumple i trzeba bylo sie z nimi pobawic.





W koncu ruszylismy w droge powrotna, choc niebo dawalo nam wyrazne znaki i kusilo nadchodzacym sloncem.


Pod wzgledem kontaktow miedzypsich Toya jest jak Kira, otwarta na wszystkie plcie i rozmiary psow, ale tez nauczyla sie respektowac odmowe zabawy. Wczesniej spotkalysmy dosc wiekowa olbrzymke doga i ona warknela ostrzegawczo, nie miala ochoty na harce z druga suka. Toya odeszla po prostu, tego nauczyla sie podczas zabaw w szkole. Przedtem nie respektowala ostrzezen Placzka i ten w koncu musial jej brutalnie pokazac, kto tu rzadzi.
Poznym popoludniem, jako ze  wypogodzilo sie na dobre, a slonce nawet przygrzewalo, slubny pojechal z Toya na psie kapielisko i tam jeszcze Buras ganial cale dwie godziny z ridgebackiem w jej wieku. Do domu wrocila smierdzaca szlamem, smiertelnie sponiewierana i najszczesliwsza na swiecie. Dalismy rade Burka zalatwic, bo na wieczorne siusiu szla juz bardzo niechetnie.